whygoback

Dookoła wieży

7 Komentarzy

Dzień 1.
Przez 4 dni wabił nas ku sobie majestatyczny Fitz Roy. Z Chalténu wyruszyliśmy na trekking, by nacieszyć esencją patagońskiego krajobrazu: wysokimi górami, rozległymi dolinami, malowniczo meandrujacymi rzekami, lodowcami, a nawet dymiącym wulkanem. Po krótkiej pogadance temat zasad panujących w Parku Narodowym Los Glaciares, ruszyliśmy w trasę do pierwszego campingu Poincenot, oddalonego o ok. 3 i 1/2 godziny marszu. Po pierwszym stromym podejściu – 400m w górę, szlak okazał się całkiem przyjemny i już po kilku chwilach, jakby na zachętę, mogliśmy się napawać widokiem granitowej wieży. Po kolejnych dwóch godzinach rozbiliśmy namiot, na darmowym campingu w środku lasu. Wydzielona polanka wyposażona była w latryne oraz łopatę – wybór należał do zainteresowanego. Kolejnym celem w tym dniu była Laguna de los Tres, położona dalsze 400m wyżej, u stóp pionowych grani oraz lodowca. Po zejściu do obozu, po pierwszym w życiu liofilizowanym posiłku – kurczak curry, który okazał się całkiem dobry, zakończyliśmy nasz pierwszy dzień w argentyńskich Andach.

Dzień 2.
Choć okolice Fitz Roya słyną z notorycznie złej pogody, nas znowu przywitało słońce. Po skromnym śniadaniu ruszyliśmy w kierunku kolejnego campingu oddalonego o 3 godziny drogi. Po drodze, trochę przez przypadek, trafiliśmy na szlak prowadzący do laguny Piedras Blancas. Aby do niej dotrzeć trzeba się przedrzeć przez rumowisko olbrzymich białych głazów rozrzuconych w dół strumienia. Po powrocie na szlak i kolejnej nieplanowanej przeprawie, tym razem przez zalesione wzgórza, po ponad 5 godzinach dotarliśmy do campingu Piedra del Fraile, doskonałej bazy wypadowej dla Cerro Electrico, które zamierzalismy zdobyć następnego dnia. Obóz oferował takie luksusy jak prysznic z ciepłą wodą na zamówienie oraz małe zimne piwo w bajonskiej cenie 22zł. Po całodziennej, wyczerpującej wędrówce nie mogliśmy sobie odmówić ani jednego ani drugiego. Piwo podał nam gospodarz, przedstawiający się jako obywatel planety Ziemia, władajacy czterema językami, choć żadnym poprawnie, nawet jego rdzennym hiszpańskim. Ten przedziwny, poczochrany osobnik, odużony nieco fajkowym zielem, pełnił rolę jednocześnie: zarządcy, kucharza, sprzątacza i ogrodnika, a zważając na bogate menu i liczbę turystów w obozie, szło mu lepiej niż można by się było tego spodziewać. Nie przekonał nas jedynie stek, gdyż nadal się zastanawiamy jak jest przyrządzany i przechowywany, jako że w osadzie nie było prądu. Dzień zakończyliśmy spacerem do Lago Electrico, ciesząc się widokami i przestrzenią doliny Rio Electrico.

Dzień 3.
Okazało się, że droga na Cerro Electrico, opisana w Lonely Planet, przeznaczona jest dla wykwalifikowanych wspinaczy górskich lub turystów o zapędach samobójczych, także po krótkiej konsultacji z naszym wszechstronnym gospodarzem oraz analizie mapy ruszyliśmy w kierunku El Paso del Cuadro, przełęczy położonej pomiędzy Cerro Electrico oraz Cerro Electrico Oeste, znajdującej na wysokości około 1800m n.p.m. Tutaj też nie było taryfy ulgowej. Podejście zaczynaliśmy z poziomu około 550m n.p.m. i od razu trzeba było podejść kolejne 400m, prawie prosto w górę, po niemalże pionowym zboczu, porośniętym niemiłosiernie kłującą zielenią. Wąska ścieżka wydeptana przez poprzedników, jak się wkrótce okazało była kolejną pułapką zastawioną przez autorów przewodnika ‚Trekking in the Patagonian Andes’. Po odnalezieniu oficjalnego szlaku, wcale nie było dużo łatwiej. Do pokonania mieliśmy niewiele mniej strome zbocze z osypujacymi się, pokruszonymi kamieniami, następnie były większe kamienie, śnieg, trochę polodowcowych skał i więcej śniegu, zalegającego znów na bardzo stromym zboczu i na deser, przez ostatnie 10m, oczywiście w górę, mogliśmy się sprawdzić w regularnej wspinaczce skałkowej, gdyż bez użycia rąk nie było szans wejść lub zejść. Podejście zajęło nam, z krótkim przerwami, 5 godzin, ale widok, który nas powitał na szczycie wynagrodził wszystkie trudy i na długo pozostanie w pamięci. Mieniący się różnymi kolorami granitu Fitz Roy i spowite śniegiem Cerro Torre, z pomiędzy których wylewa olbrzymi lodowiec, wydają się bardzo blisko, a w rzeczywistości wznoszą się jeszcze 1,5km ponad naszymi głowami. Trasa w dół, poza możliwością zbiegnięcia po zaśnieżonym zboczu, nie należała do przyjemnych, ale jakoś się udało. Po 10 godzinach, nasze stopy mogły wreszcie odpocząć. El Paso del Cuadro zdobyte!

Dzień 4.
Droga powrotna. 19km. Przeprawa przez strumień. Bolą nogi i ramiona. Brzuchy puste, zapasów brak. Nie ma siły pisać.

Reklamy

7 thoughts on “Dookoła wieży

  1. najbardziej mi się podobał opis dnia czwartego 🙂

  2. Matrixie.. ❤

  3. dnia 4 powinny po was przylecieć orły i zabrać was z pod wieży do Rohanu 😉

  4. …a z takimi to nie wiadomo czy robić im zdjęcia czy raczej przed nimi spier… 😉

  5. Pingback: And the winner is … | whygoback

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s