whygoback

W pogoni za latem

Dodaj komentarz

Kolejne plany wyjazdowe powoli się krystalizują, ale są nadal trochę odległe w czasie. Pogoda jest, jaka jest: śnieg jak leżał, tak leży. Jedyne, co pozostaje, to zafundować sobie „terapię wspomnieniową” – przywołać błogie chwile spędzone w ciepłej Azji południowo-wschodniej. Jakby na zawołanie trafiłam ostatnio na zapiski z wyprawy do Indonezji. Trochę zdjęć na blogu już było, teraz możemy wzbogacić je komentarzem.

Naszym pierwszym celem jest Candidasa, niewielka miejscowość położona we wschodniej części wyspy. Przed nami 48 godzin błogiego relaksu na rajskiej plaży Pasir Putih.

Pasir Putih to miejsce idylliczne: biały, delikatny jak mąka piasek, krystalicznie czyste i ciepłe wody Morza Balijskiego, las palmowy i pozostałości niewielkiej świątyni. W takim miejscu można się zrelaksować pomimo konieczności ciągłego odmawiania propozycjom zawiezienia/przywiezienia/ nakarmienia lub napojenia – oczywiście za odpowiednią opłatą. Dla lokalnych mieszkańców turyści to podstawowe źródło utrzymania. Całe rodziny zaangażowane są w prowadzenie na plaży warungu , czyli małych knajpek, gdzie można zjeść wyśmienite nasi goreng (smażony ryż z warzywami i jajkiem sadzonym, może być również z mięsem) lub mie goreng ( smażony makaron w warzywami i jajkiem sadzonym, w opcji wegetariańskiej lub z mięsem), owoce morza czy curry z ryby. Kiedy rozkładamy się beztrosko na plaży i siadamy na piasku, jesteśmy w tym całkowicie odosobnieni. Wszyscy korzystają z bambusowych leżaków należących do poszczególnych warungów. Leżak w zamian za złożenie zamówienia. Taka niepisana umowa. Nie mamy w zasadzie nic przeciwko odrobinie luksusu. Wylegując się na plaży z książką spędzamy dwa cudowne dni. Błogie chwile na plaży umila przygrywający na cymbałkach nestor któregoś z przedsiębiorczych rodów. Jednak po zebraniu sił i skutecznym naładowaniu akumulatorów ruszamy do Padangbai, skąd odpływają promy na Lombok.

Gdzie jest bemo?

Bemo to rodzaj transportu publicznego na Bali i Lomboku. Mini busiki w różnym stanie technicznym i – sądząc po wyglądzie – z rekordami wybitymi na licznikach kursują na wybranych trasach od świtu do zachodu słońca zbierając podróżnych czekających na drodze. Teoretycznie istnieje niepisany cennik za przebytą drogę. Niepisany, czyli mówiony. Jednak pomimo wielkich chęci świadomego podróżowania i uczenia się podstawowych przydatnych zwrotów bahasa Indonesia uzyskanie informacji przez orang Polandia (Polaka) od lokalnych pasażerów jest praktycznie niemożliwe. Głównie dlatego, że pozostałych pasażerów brak. Kiedy już złapiemy bemo, kierowca natychmiast wietrzy interes życia wychodząc z założenia, że nieświadomy bogaty turysta zapewne przyzwyczajony jest do cenników taksówek i proponuje zawiezienie do punktu docelowego – bez zabieranie innych pasażerów i bez przesiadek. Kierowcy z niedowierzaniem przyjmują do wiadomości, że nie przeszkadzają nam współpasażerowie, że możemy jechać z przystankami, „zwykłym bemo”, ale za lokalną cenę. Ostatecznie rzadko kiedy udaje nam się ustalić, jaka w zasadzie obowiązuje opłata z dany kurs. Jednak fakt, że kierowca jest oburzony, najpierw odjeżdża a potem wraca obrażony przystając ostatecznie na nasze warunki daje nam nadzieję, że ustaliliśmy cenę zbliżoną do obowiązującej.

Wielki błękit

Po 4-godzinnym rejsie promem dopływamy do wybrzeży Lomboku. Naszym celem jest Kuta (nie mylić z turystyczną Kutą na południu Bali). Zachęciły nas opisy białych, piaszczystych i pustych plaż oraz dogodnych miejsc do pierwszych lekcji surfingu. Indonezja słynie z najlepszych miejsc do uprawiania tego sportu. Kategoria „najlepsze” niekoniecznie jest optymalna dla całkowitych początkujących. Tych miejsc jest już mniej. Kuta została jednak zarekomendowana, jaka bezpretensjonalna surferska wioska, w okolicy której odpowiednią fale znajdą nie tylko wytrawni surferzy, ale również zmotywowane, lecz jednak – nie bójmy się tego słowa – żółtodzioby.

W okolicach Kuty są dwa miejsca, gdzie można wypróbować swój surferski potencjał. Na zachód, w Mawi fale są dostępne z lądu, jednak wymagają już pewnych umiejętności. Druga miejscowość to oddalona o 7 km na wchód rybacka wioska Gerupak. Fale są ponoć bardziej przystępne, jednak dostać się do nich można tylko z łódki, a nie z plaży z racji odległości. Więcej informacji udaje się nam zebrać na temat drugiej opcji i na nią się też decydujemy. Jeszcze tylko negocjacje, transport do wioski, lekcja „na sucho” na pięknej plaży, na której widać tylko małe grupki lokalnych mieszkańców, wybór deski, 20-minutowa przejażdżka łodzią na miejsce i proszę … wskakujemy do wody w asyście naszych instruktorów – jedynych, prawdziwych, autentycznych, lombockich surferów, co podkreślają z mocą wskazując na swoje rozjaśnione na modłę australijską włosy.

Znalezienie swojej fali okazuje się zadaniem niezwykle trudnym a lekcja w wodzie pośród stanowczo-za-dużych-jak-na-pierwszą-lekcję fal nijak się ma do złapanej na sucho teorii. Adrenalina jednak buzuje, strach w konfrontacji z falami zanika, więc pierwszą lekcję można uznać za udaną. Zwieńczeniem ogromnego wysiłku nieustannego „pedałowania” na desce za linię tworzących się fal są chwile odpoczynku na pływającej knajpce, do której przybijają łódki przywożące kursantów .

Zdecydowanie milszą i mniej wyczerpującą aktywnością wodną okazuje się snorkelling na bajecznych wysepkach Gili. Tuż przy północno-zachodnim wybrzeżu Lomboku leżą trzy małe wysepki: Gili Meno, Gili Air i Gili Trawangan. Gili Meno jest ponoć najspokojniejszą ze wszystkich wysp, Trawangan natomiast to „mała Ibiza” z największą ilością klubów i barów. My za cel obieramy Gili Air położoną najbliżej Lomboku lokującą się pomiędzy dzikim Gili T i imprezowym Meno.

Po targach i próbach cierpliwości w opanowanym przez „mafię łódkową” porcie Bangsal, z którego publiczna łódka z ustalonym cennikiem odpływa tylko rano i późnym popołudniem udaje się nam wynegocjować rozsądną cenę za transport do tego raju na ziemi. Jeszcze do lat osiemdziesiątych wyspy Gili istniały w świadomości jako owiane nimbem tajemnicy, dzikie, rajskie wysepki, do których trudno się dostać. Podróżujący przekazywali sobie informacje, jak trafić do tej idyllicznej krainy, gdzie zakazany jest ruch kołowy, jedyny transport to rower lub mały powozik konny (cidomo), gdzie nie ma policji, bo nie ma takiej potrzeby. Cóż, każdy chce zobaczyć idylliczne miejsce, więc z biegiem czasu jest ono nadal idylliczne, ale na pewno nie opustoszałe. Cały wschodni brzeg malowniczej wysepki okazuje się zagospodarowany przez bambusowe chatki z hamakami rozwieszonymi na werandach i uroczymi knajpkami, gdzie w pozie bogów można błogo się wylegiwać patrząc na morze i czekając, aż świeżo złowiona ryba, którą sobie przed chwilą wybraliśmy upiecze się na grillu. Szczęśliwie, na Gili Air można jeszcze znaleźć chwilę odosobnienia przedostając się do wnętrza wyspy, która ma zaledwie kilometr szerokości i która zamieszkana jest przez 1800 rdzennych mieszkańców. Zachodni brzeg natomiast kusi piaszczystą pustą plażą i feerią barw podczas zachodu słońca.

Główną atrakcją wysp Gili jest rafa koralowa i snorkelling, do którego warunki na Gili są doprawdy znakomite. Organizowane wycieczki wokół wysepek na łódkach ze szklanym dnem i asysta przewodnika, który pokaże żółwia albo „nemo” w bajecznych ogrodach rafy koralowej to wspaniała atrakcja. Podwodny świat z bogactwem barw i kształtów zachwyca i uszczęśliwia. Patrząc na beztroskich mieszkańców rafy koralowej ciężko przestać się uśmiechać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s