whygoback

Spróbowali i chcą więcej

7 Komentarzy

Nie da się pojechać do Nepalu i nie pójść na trekking. Oto wniosek, do którego doszliśmy już w połowie wyjazdu. Nasz plan trekkingu nie zakładał, bo zima, bo off-season, dużo śniegu, zamknięte szlaki, brak odpowiedniego sprzętu no i za mało czasu. Rzeczywiście, pod Annapurnę nie było sensu się pchać, ale po ujrzeniu kilku wspaniałych widoków w Pokharze, Sarangkot i Tansenie podświadomie chyba każde z nas wiedziało, że nie dojedziemy do Narangkot patrzeć na kolejną panoramę, tylko postaramy się choć na chwilę do gór zbliżyć. Bo one wręcz wołają i nie sposób pozostać na te zaproszenie obojętnym. Jedyny problem był taki, że najkrótsze trekkingi, które znajdowaliśmy trwały minimum 7 dni, a nasz cały wyjazd liczył dni 18, przy czym w momencie, gdy się w końcu namyśliliśmy, mogliśmy pójść w góry na maksymalnie 5 dni.  Znalezienie takiej trasy nie było wcale oczywiste, zużyliśmy chyba cały internet Chitwanu, żeby przejrzeć mapy i propozycje agencji turystycznych z okolic Kathmandu. Ostatecznie złożyliśmy własny plan, który nie dość, że spełniał wszystkie nasze wymagania, to kosztował nas tylko mapę dolin Helambu i Langtang, kupioną za 500 rupii (ok. 15 PLN). Potem oczywiście musieliśmy jeszcze zapłacić za wstępy do parków, kartę TIMS oraz noclegi, ale i tak ma się to nijak do minimum 250 USD, które pobierają organizatorzy wycieczek za 6-7 dni spędzonych na tym szlaku. Trasa została zaplanowana na 5 dni, z dojazdem publicznym transportem z/do Kathmandu. Wszystkie opisy, które czytaliśmy zakładały nieco wolniejsze tempo (np. ostatnie dwa dni po zaledwie 3 godziny marszu), ale ponieważ szlak, jak na nepalskie góry uchodził za łatwy i możliwy do przejścia zimą, zostawiliśmy duże plecaki na Thamelu i o świcie opuściliśmy nasz ciemny, ale tani hotel o dumnej nazwie Discovery Inn.

day1

Terminal autobusowy Ratna w centrum Kathmandu wbrew pozorom nie jest wcale taki chaotyczny, jak go przedstawia LP. Jest duży, wypełniony mini-, micro- i normalnymi busami. Każdy kierunek ma swoje stałe stanowisko, a na odjazd nie czeka się zazwyczaj dłużej niż 10 minut. Nieco inaczej jest, gdy się chce przyjechać na Ratnę z innej dzielnicy lub miasta, gdyż Ratna Park to dosyć szerokie pojęcie obejmujące zarówno terminal jak i kilka ulic otaczających kilkukilometrowy pas zieleni (czyt. spalonej słońcem, zakurzonej i wydeptanej trawy) i tylko jeden na 10 różnych autobusów, którymi wracaliśmy, skończył swój kurs dokładnie na dworcu autobusowym. Jak już znajdziemy właściwe stanowisko, w czym pomagają kierowcy oraz ustalimy cenę z naganiaczem, jako że niektórzy udają cwaniaków i mylą ‚fifteen’ z ‚fifty’, możemy dostać się do wielu okolicznych wiosek, takich jak np. oddalony o godzinę jazdy Sunadrijal. Wyruszając o wschodzie słońca, można jeszcze spokojnie wypić herbatę w drewnianym tea housie, nad potokiem na starcie szlaku i nadal mieć cały dzień na dojście do Chisapani, które leży już wysoko w górach. Do przejścia tego dnia było około 1000m w pionie i 16km nie do końca w poziomie. Po drodze skasowali nas za wstęp do parku Shivapuri (250 NDR) a na koniec dnia za kartę TIMS (1000 NDR), która jest obowiązkowa dla każdego turysty w górach. Na noc zatrzymaliśmy się w pierwszym ‚hotelu’ z brzegu, który poza ciężkimi stalowymi drzwiami jak ze schronu (widać tylko takie udało się gospodarzowi zorganizować po taniości), oferował niespotykane do tej pory luksusy jak gorąca woda pod prysznicem i wspaniałe widoki za oknem. Widać smog w Kathmandu skutecznie powstrzymywał słońce przed ogrzewaniem wody, gdyż i tu i tam były na dachu podobne panele słoneczne.

day2

Drugi dzień to najdłuższy odcinek na całej trasie – ponad 20km, w tym kilka razy ostro w dół i co najmniej tyle samo w górę. Mimo, że wyruszyliśmy zaraz po śniadaniu, do Khutumsang doszliśmy o zachodzie słońca, i to nieco zmęczeni. Po drodze minęliśmy kilka wiosek, zgubiliśmy kilka razy drogę, ale zawsze ktoś pomógł i wskazał właściwą ścieżkę, czasami na skróty przez ryżowe pola. Tu znów nie traciliśmy czasu na szukanie noclegu i daliśmy się zgarnąć obrotnej właścicielce pierwszego domostwa po wejściu do wioski. Zima nie jest popularnym sezonem, więc sami mogliśmy zaproponować stawkę za nocleg (1000 NDR za osobę, z kolacją, śniadaniem i taką ilością ginger lemon honey tea jaką tylko daliśmy radę wypić) i już po chwili siedzieliśmy w przestronnej jadalni z panoramicznymi oknami, grzejąc się przy kozie  wsłuchani w opowieści gospodarza, jak zdobywał z przyjacielem Mount Everest w 3 dni – ‚you know: Nepali walk, not European’. Oczywiście bez tlenu, a do tego zimą. Starszy pan z zawodu jest kucharzem i na kolację uraczył nas najlepszym Dal Bhatem, jaki jedliśmy.

day3

Rano ruszyliśmy dalej w drogę, która miała nas zaprowadzić do najwyższego punktu – położonej na 3670 m n.p.m przełęczy Therapati, łączącej doliny Helambu i Langtang. Mimo, że szliśmy szlakiem Helambu i o Langtang zaledwie się otarliśmy, spędzając tylko jedną noc na przełęczy, strażnicy skrupulatnie podliczyli nas za wstęp do Parku, a o zniżkach nie było mowy. No cóż, następnym razem spędzimy tu więcej czasu. Samo Thedapati, bo i tak je nazywają, to trzy schroniska z desek i kamieni, a w każdym koza, żeby nie zamarznąć przy posiłku. Z góry widok jest niesamowity, dookoła rozpościera się morze chmur, które po południu mienią się wszystkimi odcieniami czerwieni, aż do zachodu słońca… kiedy to robi się ciemno, trochę strasznie i zimno, także jeżeli nie schowamy napojów do śpiwora, to rano możemy mieć lody.

day4

Czwarty dzień to strome zejście w dół, przez las rododendronów, które niestety zimą nie kwitną. Około południa dotarliśmy do Melamchigyang, małej wioski położonej na niewielkim wypłaszczeniu, dookoła którego rozpościerały się góry. W perspektywie mieliśmy jeszcze trzy godziny marszu do Tharkegyang, gdzie planowaliśmy spędzić ostatnia noc, by z rana zejść do Timbu, skąd wiedzieliśmy, że można złapać autobus do stolicy. Zatrzymaliśmy się akurat na colę i orzeszki w Himalaya Lodge (właścicielem był brat żony zarządcy schroniska w Therapati i przyjaciel właściciela guesthouse’u w Khutumsang. Tak naprawdę podczas trekkingu wsparliśmy budżet całej rodziny :), gdzie właściciel zaczął nas przekonywać, że nie ma sensu iść dalej, skoro z Melamchigyang codziennie odjeżdża autobus do Kathmandu. Na początku ciężko było nam tę informację przyswoić – nasza podejrzliwość wzrosła, gdy gospodarz zaproponował nam nocleg w swoim lodge’u. Po dwóch godzinach poszukiwań drogi i zaczepiana mieszkańców, uwierzyliśmy w końcu, że autobus faktycznie tu dociera, znaleźliśmy nawet drogę, a przynajmniej jej pierwsze sto metrów, gdyż reszta wiła się serpentynami poza polem widzenia, przecinając strome górskie zbocze, o czym mieliśmy się przekonać dopiero dnia następnego. Popołudnie spędziliśmy wygrzewając się na słonecznych polanach i rozmasowując obolałe już nieco mięśnie. Na kolację znów lokalny przysmak: Raldho, czyli tłuste pure, a może była to już nawet zupa z ziemniaków z cebulą, imbirem i czosnkiem. Jak co dzień zasnęliśmy bardzo wcześnie, w niczym nie zmąconej górskiej ciszy.

Ranek przywitał nas pochmurnie, ale humory dopisywały – autobus dojechał wieczorem i wkrótce miał nas zabrać na dół. Każdy przyjazd i wyjazd to spore wydarzenie w Melamchigyang. Niby codzienność, a jednak atrakcja, także na polanę pełniącą rolę przystanku przyszło pół wsi, wraz z psami, kotami i kozami. Autobus ku naszemu zaskoczeniu szybko się zapełnił, także cieszyliśmy się, że nie posłuchaliśmy gospodarza, który mówił nam żeby przyjść w ostatniej chwili. Po godzinie usadzania, pakowania, przekładania i zarzucania worków na dach, ruszyliśmy. I już po chwili dało się zauważyć pewne napięcie w powietrzu. Nikt nie biegał po autobusie, nikt się nie odzywał, co więcej: nie grało nawet radio. Jedyne odgłosy jakie nam towarzyszyły to warkot starego silnika, rzężenie skrzyni biegów i poćwierkiwania naganiacza, który tym razem sprawował rolę pomocnika kierowcy i pilnował lewej strony, co by nie zahaczyć o wystające ze zbocza nawisy skalne a przy tym nie zjechać z drogi. Wyglądało na to, że system komunikacji mają całkiem sprawny, więc na zeszliśmy na zawał. Przez pierwszy odcinek siedzieliśmy akurat po stronie skał i jedynie dziwiło nas trochę, że są one tak blisko okna. Po pierwszym zakręcie o 180 stopni, wszystko nagle się oddaliło… widać było dolinę Melamchi, a jak się dobrze wychyliliśmy, to zobaczyliśmy koła autobusu toczące się na granicy piaszczysto kamienistej drogi,  która nie do końca budziła zaufanie. Na szczęście, po pierwszych kilkudziesięciu mrożących krew w żyłach zakrętach znaleźliśmy się trochę bliżej ziemi, zbocza stały się też jakby mniej strome, a w autobusie zapanował znajomy gwar, kierowca odpalił muzykę i rozpoczął się pobór opłat…  uff… najgorsze za nami. Co nie znaczy, że gdy przejechaliśmy w bród rzękę Melamchi i autobus znów zaczął podjeżdżać pod górę, brakowało nam adrenaliny. Cała droga, aż do Timbu, gdzie zaczyna się normalna szosa wzdłuż rzecznej doliny, jest bardzo widowiskowa i ekscytująca, choć z każdym metrem dalej od stromych gór, bujna dotychczas zieleń stawała się coraz bardziej zakurzona i powoli gasła w oczach. Żałujemy, że nie udało się nagrać zjazdu tą „drogą śmierci”, ale aparaty były schowane w plecakach nad głowami a naprawdę nikt z nie odważył się ruszyć – zupełnie jakby nie chciał zachwiać równowagi autobusu.

helambu short routePo 9 godzinach wyboistej drogi oraz przejechaniu kilku górskich potoków i przełęczy, dotarliśmy do Kathmandu i ponownie zanurzyliśmy się w smogu, stertach śmieci i kakofonii klaksonów. Zdecydowanie miasta i przyroda to dwa przeciwstawne i wykluczające się światy. Dobrze, że nie popełniliśmy tak poważnego błędu jak wyjazd do Napalu i nie wybranie się w wysokie góry. To było niesamowite 5 dni i następnym razem pójdziemy na co najmniej dwa razy dłużej. Annapurna, Langtang i Tamang Heritage trail czekają.

Reklamy

7 thoughts on “Spróbowali i chcą więcej

  1. Super, że się zdecydowaliście na treking! Musiało być niesamowicie! 🙂 Piękne zdjęcia! Pozdrowienia!

  2. przepiękna robota:)

  3. Namaste! 🙂

  4. Marta jest tak naturalna przed kamerą, że aż dziw bierze. Czyta się świetnie, ale dzięki Marcie jeszcze przyjemniej się ogląda A ja jestem raczej z tych “czytających” więc naprawdę szacun

  5. Pingback: And the winner is … | whygoback

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s