whygoback

3820 metrów

Dodaj komentarz

Droga prowadząca z plaży w Uvicie, w górzyste wnętrze kraju jest bardzo przyjemna. O wschodzie słońca wsiadamy do pierwszego z dwóch autobusów jadących do San Isidro i toczymy się powoli, pod górę, podziwiając widoki. Oczywiście obowiązkowy postój na śniadanie w zaprzyjaźnionej z kierowcą knajpie i po niespełna dwóch godzinach lądujemy w San Isidro, by tam poczekać trochę i przesiąść się w kolejny miejski autobus, który zawozi nas pod samą stację strażników Parku Chirripo. Ważne, żeby dotrzeć tu rano, gdyż na następny dzień zazwyczaj zostaje tylko kilka z 40 przydzielonych na każdy dzień wejściówek. My byliśmy koło południa, a i tak musieliśmy nieźle się dobijać, żeby obudzić dyżurującego pana w zielonym mundurze. A jak już doszedł do siebie i udało nam się dogadać, to okazało się, że wraz z poznaną właśnie Amerykanką, bierzemy ostatnie trzy bilety. Pobyt w parku jest dosyć drogi (ok. 25$ od osoby za każdą dobę, choć i tak nie można przebywać w nim dłużej niż 2 noce), ale gwarantuje nocleg, dostęp do kuchni – bez gazu! ten trzeba przynieść z dołu – oraz przede wszystkim spokój i nieskrępowaną przestrzeń najwyższych szczytów Ameryki Centralnej.

San Gerado de Rivas rozciąga się wzdłuż jednej 2,5-kilometrowej drogi, kończącej się niespodziewanie w górskim zboczu. Tam znajduje się właśnie początek szlaku. Wyruszamy przed świtem, kiedy temperatura jest bardziej przyjazna wchodzeniu, do przejścia mamy 2100m w górę, co przekłada się na niecałe 15km raczej mniej niż bardziej poziomej drogi. Szlak jest świetnie oznaczony i podzielony na kilometrowe odcinki, z których każdy posiada swoją nazwę. Moje ulubione to te bardziej strome jak Monte sin Fe (Góra bez wiary) czy Escalera para agua (Wspinaczka po wodę). W połowie podejścia znajduje się Refugio Llano Bonito (dosłownie: piękna płaszczyzna), gdzie można uzupełnić zapas wody i trochę odpocząć. W parku Chirripo nocować można jedynie w obozie Los Crestones na wys. 3400 m n.p.m, ale w przypadku załamania pogody, kontuzji czy późnej godziny, refugio może służyć za awaryjny nocleg. Namiotów samemu nie można rozbijać, co akurat mnie cieszyło – zawsze to dwa kilo mniej na plecach, chyba że idzie się dłuższą, północną pętlą z wynajętym przewodnikiem.

Po pierwszych paru stromych kilometrach, roślinność powoli się przerzedza i wkrótce sięgamy pułapu chmur. Środkowy odcinek jest stosunkowo płaski. Idziemy w chmurzastej mgle, która co chwilę zmienia kształt i kierunek, by po ostatnim stromym podejściu znów ujrzeć błękitne niebo i bezlitośnie palące słońce. Z krzaków wypłaszamy co chwilę górskie kolibry, które trzepoczą skrzydłami niczym wielkie trzmiele i trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby stwierdzić, że to jednak ptaki. Po 8 godzinach docieramy do schroniska Los Crestones, położonego na wysokości 3400 m n.p.m. Choroby wysokościowej na szczęście nie ma, ale w nogach czujemy przebytą drogę i rezygnujemy z opcjonalnej wycieczki do kosmicznych formacji skalnych,  od których nazwę wziął cały obóz. Jemy wczesną kolację i idziemy spać.

Po przebudzeniu o 2 w nocy i wyjściu na zewnątrz ciężko uwierzyć w to, co się widzi. Nad naszymi głowami rozpościera się dywan jasno świecących gwiazd, droga mleczna i mgławice widziane gołym okiem są tak wyraźnie, jak na zdjęciach z teleskopów agencji kosmicznych. A pod nami i właściwie również dookoła nas szaleje burza. Z tym, że tu na górze, praktycznie jej nie słychać, a jedynie widać rozbłyski wyładowań w gęstej warstwie chmur znajdujących się pod nami. Potem znów patrzymy w górę. Nie pada. I ciągle widać gwiazdy jak na dłoni. Świecące miliardami punktów nocne niebo nie pozwala nam stwierdzić, czy na pewno już się obudziliśmy.

Jemy szybkie śniadanie i ruszamy w ciemność, oświetlając wąską ścieżkę światłem z czołówki. Wchodzenie na szczyt w nocy ma wiele zalet, z którym największą jest to, że nie widać, co jest przed nami. Czy podejście, które właśnie zaczęliśmy będzie długie czy krótkie, i czy bardzo strome? Nie wiedząc tego wszystkiego idziemy przed siebie przez ponad dwie godziny, aż do momentu, gdy ciągle schowane za widnokręgiem słońce daje wystarczająco dużo światła, by wyłączyć czołówki. Ciągle skryte w cieniu, rysuje się przed nami ostatnie strome zbocze. Na szczycie jest już kilka osób, ktoś płacze i wymiotuje – widać nie był dobrze przygotowany do porannej wspinaczki, inni biegają jak my robiąc zdjęcia w każdą możliwą stronę, a jeszcze inni zaczynają już schodzić nie czekając na pierwsze promienie słońca. Widok z góry jest piękny, choć po cichu liczyliśmy, że zobaczymy oba wybrzeża Kostaryki. Jednak morze chmur znajdujące się pod nami, całkowicie wypełnia horyzont.

Schodzimy powoli, chłonąc widoki, których nie było nam dane oglądać podczas drogi w górę. O ósmej jesteśmy z powrotem w bazie. Jemy makaron z boczkiem na śniadanie – tym razem liofilizat nie smakuje już tak dobrze, jak wczoraj i ruszamy w dół. Drugi dzień teoretycznie miał być lżejszy, w końcu idziemy głównie w dół, ale poranny spacer (10 km) na szczyt daje się we znaki i ostanie kilometry dłużą się niemiłosiernie. W końcu osiągamy kilometr ‚0’ czyli początek szlaku. Stąd już tylko dwadzieścia pięć minut do naszego hostelu, gdzie mamy rzeczy. Obtarta noga za obtartą nogą, wleczemy się oboje lekko utykając, powoli wzdłuż jedynej drogi w San Gerado i jak na złość nie ma akurat kogo zatrzymać na ‚stopa’.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s