whygoback

Santa Cruz

Dodaj komentarz

Na początek zapraszamy na film:

Jazda peruwiańskimi busikami zazwyczaj niesie ze sobą dreszczyk emocji, dlatego ruszając o wschodzie słońca z Huaraz, pomimo przesiadki w Yungay, już po niecałej godzinie byliśmy w Caraz. Chyba lokalne władze widzą co się dzieje i układają na drogach przy okazji remontów, tzw. „śpiących policjantów”, ale skoro droga jest nowa i dobra, to pomiędzy progami można jeździć jeszcze szybciej… i tak peruwiańskie transportowo – drogowe błędne koło się napędza. Odcinek z Caraz do położonej na 3000m n.p.m. Cashapampy jest już nieco wolniejszy. Sucha o tej porze roku kamienno – gliniasta droga wije się coraz wyżej w stronę doliny Santa Cruz. Im wyżej wjeżdżamy, tym chmury znajdują się bliżej naszych głów. Bilety do Parku Narodowego Huascaran kupiliśmy dzień wcześniej, w biurze w Huaraz, zapewniając oczywiście tamtejszą strażniczkę, że mamy już wynajętego przewodnika. Miło zatem, że pan w zielonym uniformie czekający na początku szlaku nie dociekał, czemu idziemy sami. Po szybkiej rejestracji ruszamy w górę. Chmury coraz bliżej i właściwie to nie widać, gdzie idziemy. Zimno i pada, ale nam gorąco, bo szlak stromy. Po trzech godzinach jest już trochę równiej, a po kolejnych dwóch czy trzech dochodzimy do Llamacoral, miejsca gdzie dolina poszerza się i gdzie można się rozbić na noc. Dogodnych miejsc nie brakuje po drodze. Co chwilę mijamy mniejszy lub większy potok spływający z lodowej góry. Wody zdecydowanie mamy w nadmiarze. Problem w tym, że peruwiańskie krowy, niczym kozice buszują po stromych zboczach, więc na wszelki wypadek wrzucamy tablety z chlorem. Nie smakuje za pysznie ale lepsze to niż ‚e-coli’.

Santa Cruz - Dzień 1.

Dla nas wejście, a właściwie to widać zejście do Cashapampy

Santa Cruz - Dzień 1.

Woda na razie w górze, przed nami.

Santa Cruz - Dzień 1.

Cashapampa za naszymi plecami.

Santa Cruz - Dzień 1.

I więcej wody.

Santa Cruz - Dzień 1.

„Tylko osły noszą plecaki” jak to podsumował Przemek, po tym jak musiał się wycofać ze względu na bolące plecy.

Santa Cruz - Dzień 1.

Tym razem zielona woda.

Santa Cruz - Dzień 1.

Na tym zdjęciu tylko wydaje się, że nie ma deszczu.

Santa Cruz - Dzień 1.

Byki na drodze feat. Przemek i Agata

Santa Cruz - Dzień 1.

Tablet Przeciwzarazkowy

Santa Cruz - Dzień 2.

Poranek

Drugi dzień zaczynamy wcześnie, nawet chwilę za wcześnie, bo w głębokiej dolinie dosyć długo trzeba czekać na pierwsze promienie słońca, które dają nadzieję na lepszy dzień i wysuszenie rzeczy… aż strach pomyśleć, o ile wzrosłaby waga naszych plecaków, gdyby kolejny dzień otaczałaby nas woda… Ale jest słońce! Więc znów w górę, powoli. Wejście na Punta Union od tej strony jest nieco dłuższe i rozłożone na trzy dni, a nie jak z Vaquerii gdzie już drugiego dnia trzeba się zameldować na najwyższym punkcie szlaku. Tym razem mamy do przejścia tylko 500m w pionie. Zaczyna się na 3750, a kończy na 4200m n.p.m., mijając po drodze lodowce, wyschnięte jeziora i coraz bardziej kolorowe górskie zbocza.

Santa Cruz - Dzień 2.

Caraz. Widziałem zdjęcia ludzi chodzących po tych nawisach [sic!]

Santa Cruz - Dzień 2.

Taulliraju, a nie Alpamayo, jak go Marta w porannym zaaferowaniu przechrzciła na filmie – górujący nad przełączą Union.

20141026170614_IMG_0178

Dolina Santa Cruz, niedaleko od Llamacoral – miejsce rozstania z naszymi Druhami.

Santa Cruz - Dzień 2.

Laguna Jatuncocha.

Santa Cruz - Dzień 2.

Laguna Jatuncocha – tym razem ze światłem.

Santa Cruz - Dzień 2.

Laguna Jatuncocha.

Santa Cruz - Dzień 2.

Laguna Jatuncocha.

Santa Cruz - Dzień 2.

To wszystko do przejścia jeszcze tego samego dnia. W tle widać już Punta Union.

Santa Cruz - Dzień 2.

Wyschnięte jeziora,

Santa Cruz - Dzień 2.

wodospady,

Santa Cruz - Dzień 2.

lodowce,

Santa Cruz - Dzień 2.

kolorowe strumyki,

Santa Cruz - Dzień 2.

wszystko mijamy powoli, idąc w górę

Santa Cruz - Dzień 2.

aż nagle trzeba podejść

Santa Cruz - Dzień 2.

300 metrów w pionie i może ze 200 w poziomie

Santa Cruz - Dzień 2.

I wtedy dopiero widać Alpamayo,

Santa Cruz - Dzień 2.

w pełnej okazałości.

Santa Cruz - Dzień 2.

Na wprost droga do Jeziora Arhuaycocha, do którego niestety nie doszliśmy.

Santa Cruz - Dzień 2.

Można też wybrać się dalej, do obozu pod Alpamayo,

Po południu pogoda psuje się tuż po przejściu jedynego tego dnia stromego kawałka. W sumie to cieszymy się, że tym razem pada grad, bo nie przemacza nam plecaków, a w dole widać praktycznie całą naszą dwudniową trasę. W górze natomiast lodowce i ślady po lawinie błotnej, która spłynęła spod szczytu Aretsonraju, wymywając podobno sporą część szlaku. Tuż obok znajduje następne ‚oficjalne’ miejsce biwakowe – Taullipampa, do którego nie dotarliśmy, gdyż trzeba było na szybko szukać miejsca, ścigając się z coraz bardziej obfitym deszczem. Polana jest olbrzymia i nawet dobrze wyszło, bo nikt sobie nie wchodził w paradę. A to w tym miejscu ważne, bo nikt nie chce dostać czołówką po oczach, gdy je przyzwyczaja do nocnego nieba przez 30 minut. Brak świateł robi swoje i znów można popatrzeć na gwiazdy. Białe szczyty, przełęcz, przestrzeń – wszystko robi olbrzymie wrażenie, o każdej porze dnia i nocy.

Santa Cruz - Dzień 2.

Nas pogoniła pogoda. Najpierw grad,

Santa Cruz - Dzień 2.

potem deszcz, który przyszedł z doliny,

Santa Cruz - Dzień 2.

Co mimo wszystko nie psuło widoków.

Santa Cruz - Dzień 2.

Byliśmy już prawie na miejscu,

Burza nad Taullipampą

gdy przyszła burza do Taullipampy.

Santa Cruz - Dzień 2.

To chyba najlepszy camping na jakim dane mi było spędzić noc.

Santa Cruz - Dzień 2.

Zawierucha nie trwała długo,

... i po burzy

i na koniec wyszło słońce.

Santa Cruz - Dzień 2.

Marta trochę zakręcona wysokością, nie mogła się tak nacieszyć jak ja,

Santa Cruz - Dzień 2.

ale mate de coca pomogła tym razem

Santa Cruz - Dzień 2.

Im bliżej ciemności, tym mniej chmur.

Santa Cruz - Dzień 2.

Lekki HDR 😉

Santa Cruz - Dzień 2.

Tuż po zachodzie, resztki chmur opuszczały dolinę.

Santa Cruz - Dzień 2.

4:16 – 4:45 (bez 37 sekund)

Trzeci dzień zaczynamy w bojowym nastawieniu. W końcu przełęcz! 4750m n.p.m., a my w Andach dopiero trzy i pół doby (podobno trzy to niezbędne minimum, żeby organizm mógł się zaaklimatyzować). Chmury przyszły wcześnie rano i to z dołu, a nie z błękitnego nieba, które ciągle gdzieniegdzie widać nad naszymi głowami.

Santa Cruz - Dzień 3.

Chmury przyszły z dołu.

Santa Cruz - Dzień 3.

Na początku niepozorne małe zjawy,

Santa Cruz - Dzień 3.

Rozpędzały się po polanie.

Santa Cruz - Dzień 3.

aż zasłoniły nieco nieba

Santa Cruz - Dzień 3.

Ale ogólnie było jednak pogodnie.

Na słońce w dolinie nie czekamy tym razem, ale chyba mamy szczęście, widoczność w górze jest. Tylko przełęcz wciąż daleko. Widać ją od samego rana, ale po trzech godzinach wchodzenia wcale nie wygląda, żebyśmy byli dużo bliżej. Droga zaczyna się dłużyć, i czas jakby wolniej płynął – może tak właśnie mózg reaguje się na mniej tlenu. Krajobraz staje się coraz bardziej surowy, ostre kolory nieba i trawiastych zboczy odcinają się od szarości granitu i bieli pobliskich szczytów. Do najwyższego punku trasy docieramy około południa, po prawie czterech godzinach od wyjścia z Taullipampy. Chwila odpoczynku, kilka zdjęć i przed nami już tylko długa droga w dół – najpierw zejście z masywu Taulliraju, a potem wzdłuż doliny Huaracampy.

Santa Cruz - Dzień 3.

Trzeci dzień to na początku tylko ‚w górę’

Santa Cruz - Dzień 3.

i wyżej, do stóp Artesonraju

Santa Cruz - Dzień 3.

Szybkie spojrzenie za siebie,

Santa Cruz - Dzień 3.

i w lewo,

Santa Cruz - Dzień 3.

1,5 godziny wchodzenia, końca nie widać

20141027171138_IMG_0412

Tu już trochę lepiej, ale to minimalnie więcej niż połowa drogi

Santa Cruz - Dzień 3.

Na prawo.

Santa Cruz - Dzień 3.

Artesonraju w pełnej krasie.

Zdjęcie Zagadka: Ile twarzy na nim widzisz ?

Zdjęcie Zagadka: Ile twarzy na nim widzisz ?

Santa Cruz - Dzień 3.

Tu już myśleliśmy że jesteśmy blisko. Błąd!

Santa Cruz - Dzień 3.

Ale widoki coraz lepsze.

Santa Cruz - Dzień 3.

Po czterech godzinach widać koniec,

Santa Cruz - Dzień 3.

wydaje się blisko, a każdy krok ciężki

Santa Cruz - Dzień 3.

Ufal mówi, że spuchłem 😉 Nie było tak źle.

Santa Cruz - Dzień 3.

Teraz 800m i z 10 km w dół.

Santa Cruz - Dzień 3.

Z drugiej strony granitowe grzbiety też dobrze wyglądają.

Santa Cruz - Dzień 3.

To dopiero początek zejścia.

Santa Cruz - Dzień 3.

Potem jeszcze ze trzy godziny coraz głębiej w dolinę.

Santa Cruz - Dzień 3.

I wreszcie kolacja. Ile można ciastek i orzeszków. Kurczak Curry. Very Nice

Ostatecznie znów nie docieramy do Parii, tylko zatrzymujemy się na małej polance tuż przed zejściem do campingu, gdzie obozują dwie grupy idące w górę. Mają kucharzy, osły i nawet specjalny mały namiot, rozstawiony nad dziurą wykopaną w ziemi.

Santa Cruz - Dzień 4.

Idziemy w stronę światła.

Santa Cruz - Dzień 4.

Bo u nas pochmurno.

Parię mijamy rano, 20 minut po rozpoczęciu schodzenia. Bardzo miła polanka, choć jak widać, położona o kilkaset metrów za nisko. My do niej nie dotarliśmy ze zmęczenia, a idący w górę wolą ją zostawić za sobą i startować na Punta Union z 4000m. Zejście doliną jest bardzo łagodne i przyjemne do momentu, kiedy trzeba z niej wyjść, żeby dostać się do Vaquerii.

Santa Cruz - Dzień 4.

Dolina obfituje w zieleń i drzewa.

Santa Cruz - Dzień 4.

Prawie do końca idzie się niemal po płaskim.

Santa Cruz - Dzień 4.

Mijając pastwiska.

Santa Cruz - Dzień 4.

Najgorsze za nami.

Santa Cruz - Dzień 4.

Droga ani przez chwilę się nie nudzi,

Santa Cruz - Dzień 4.

Aż tu nagle trzeba wyjść z zagłębienia.

Po drodze mijamy regionalne centrum hodowli świnek morskich, a miejscowi wypytują nas o rozmiary polskich odmian tych futrzastych gryzoni. I ze zdziwieniem kręcą głową słysząc, że trzymamy je w domu, a nie jemy. Ostatnie 200m jest naprawdę strome, ale sił dodaje świadomość, że to już koniec 40-sto kilometrowego szlaku, i że już za chwilę będziemy siedzieć na ławce i czekać na okazję, która nas zabierze do Yungay. W Vaquerii byliśmy koło 11 rano i nie musieliśmy długo czekać na przejeżdżający busik, który za 20 soli zabrał nas na pokład. A wracając jest na co popatrzeć, bo kręta, dziurawa droga wiedzie tuż obok szczytu i lodowca Huascaran, by potem gwałtownie opaść serpentyną zakrętów, o dobre tysiąc metrów, do poziomu jezior Llaganunco.

Santa Cruz - Dzień 4.

Droga powrotna z Vaquerii do Yungay.

Santa Cruz - Dzień 4.

A Huascaran nieco wzburzony.

Po południu wróciliśmy do naszego hostelu ‚Laguna69 Lodge’, który żadnym lodgem nie był, tylko całkiem tanim, zwykłym guesthousem, a tam głucho, pusto i ani żywej duszy. Po kilkunastu minutach dobijania się do drzwi, niemal równolegle pojawili się gospodarz z kolegą Lekko chwiejąc się na nogach, otworzył hostel i za symboliczną opłatą pozwolił się wykąpać. Wyglądało na to, że sytuacja opanowana. Jednak problem pojawił się, gdy zapytaliśmy o nasze rzeczy, które zamknięte były z jednym z pokoi. Znalezienie klucza to już było ponad siły peruwiańskiego muchacho i nerw mu puścił. Zaczął krzyczeć. że my szaleni jacyś, przychodzimy, chcemy nasze rzeczy i jeszcze prysznic, że w d…ach nam się poprzewracało i mamy się wynosić, już teraz, natychmiast. Na szczęście, jeszcze przed pojawieniem się gospodarza obudziliśmy sąsiadkę, która pomogła znaleźć klucze i otworzyć magazynek. Nie marnując ani chwili zabraliśmy nasze plecaki i ruszyliśmy na ulice Huaraz szukać hostelu, w którym pozwolą nam się wykąpać przed nocnym autobusem do Limy. Już w drugim trafiliśmy na wyrozumiałego portiera, który za puszkę gazu, pozostałą po trekkingu pozwolił nam wziąć pierwszy od 4 dni ciepły prysznic.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s